Data wpisu: 30.01.2018

Speed Update: Google straszy spadkami w rankingu już od lipca. Czy zmusi wydawców do przejścia na AMP?

Internety już wiedzą. Google szykuje bombę, która zatopi tysiące wartościowych stron tylko dlatego, że nie są w stanie spełnić kolejnego kryterium rankingowego. Monopolista rynku wyszukiwarek poinformował, że od lipca 2018 roku w życie wejdzie aktualizacja mobilnego algorytmu. Speed Update ma położyć większy nacisk na szybkość ładowania stron na smartfonach i tabletach. Teoretycznie jest to oznaka troski o użytkowników. W praktyce jednak motywacje Google mogą być zupełnie inne… Przeczytaj, co o tym sądzimy.

Strachy na Lachy

Wielu naszych kolegów z branży podeszło do komunikatu Google bezrefleksyjnie. „Masz wolną stronę? Wypadniesz z TOP 10!” – tego typu nagłówki można znaleźć na dziesiątkach portali technologicznych i blogach agencji interaktywnych. Jest to jednak daleko idąca nadinterpretacja.

Napiszmy to najjaśniej, jak się tylko da: strona, która jest wypełniona wartościową treścią, dobrze zoptymalizowana i na bieżąco aktualizowana (np. poprzez blog), nie straci pozycji w rankingu tylko dlatego, że wolno się ładuje. Dlaczego? Ponieważ Google musiałoby wyciąć tysiące takich witryn, w tym… własne. Do tego jeszcze dojdziemy.

Co to znaczy „wolne ładowanie”?

Google w swoim komunikacie na temat Speed Update w ogóle tego nie określa. Nie podaje żadnych kryteriów, którymi powinni się kierować wydawcy. Udostępnia jedynie narzędzia, przy pomocy których każdy może sprawdzić czas ładowania swojej strony internetowej. Testy najlepiej jest przeprowadzić na http://testmysite.withgoogle.com/int/pl-pl.

Ten test zdradza znacznie więcej. Dowiadujemy się z niego, że wynikiem bardzo dobrym mogą się pochwalić wyłącznie strony z czasem ładowania do 3 sekund! Skąd ten wykrzyknik? Otóż taki wynik jest praktycznie nierealny do osiągnięcia przez strony, które dbają o użytkowników, czyli przekazują im mnóstwo informacji w przystępnej, atrakcyjnej formie. Mamy tutaj na myśli chociażby portale, rozbudowane blogi, a także strony firm mających dużą ofertę i prezentujących ją np. w formie graficznego portfolio.

Strony Google też spadną w rankingu?

Jeśli groźby giganta miałyby zostać spełnione, to taka sytuacja musiałaby mieć miejsce. Dlaczego? Wystarczy przetestować szybkość ładowania sztandarowych stron Google. Oto wyniki, jakie uzyskaliśmy:

1. Strona www.google.pl (pusta strona w zasadzie, żadnych tekstów, zdjęć, a wynik...):

Speed Update

2. Strona www.youtube.com:

Speed Update 2

3. Strona usługi G Suite (jedna z ważniejszych usług dla Google z punktu biznesowego, poza wyszukiwarką):

Speed Update 3

4. Strona gmail.com:

Speed Update 4

Tak, żadna z tych stron nie spełnia norm narzuconych przez ich właściciela! Dlatego właśnie całe Speed Update jest tylko burzą w szklance wody i nie będzie mieć szczególnego wpływu na sytuację stron w wyszukiwarce. Zaznaczamy: wartościowych stron wypełnionych doskonałą treścią, a więc spełniających najważniejsze kryterium rankingowe.

Gdyby było inaczej, to Google wbrew logice zaczęłoby premiować byle jakie serwisy. Świetny wynik osiągnęłaby np. pusta strona z jednym artykułem. Czy to oznacza, że znajdzie się ona w TOP 10 na jakąś frazę? Oczywiście, że nie.

Czy test szybkości ładowania strony jest wiarygodny?

To bardzo kontrowersyjny temat i to z kilku powodów. Przede wszystkim warto zauważyć, że test jest przeprowadzany dla sieci 3G. Nie uwzględnia zatem specyfiki lokalnej infrastruktury internetowej. Pisząc obrazowo: w mieście A strona może się ładować w 3 sekundy, a w mieście B w 5 sekund. Który wynik będzie prawidłowy? Google nie zna odpowiedzi na to pytanie, dlatego ten czynnik nie może być kluczowym kryterium rankingowym.

Bardzo poważnym problemem jest brak powtarzalności uzyskiwanych wyników. Strona o 12 w południe może się ładować z prędkością 7 sekund, by po godzinie było to już 5 sekund, a w środku nocy 3 sekundy. Użyjmy obrazowego porównania. Jeśli mamy w domu termometr elektroniczny, który raz pokazuje 39°C, a po 5 minutach 37°C, to trudno brać jego wskazania na poważnie i po prostu się go wyrzuca.

W co gra Google?

To oczywiste, że każdemu zależy na jak najszybszym ładowaniu się stron, szczególnie na urządzeniach mobilnych. Nie możemy jednak dać się zwariować – wyniki na poziomie 2-3 sekund w przypadku portali czy rozbudowanych witryn są po prostu niemożliwe do osiągnięcia (nie przy obecnej technologii). Google musi o tym wiedzieć. Dlaczego więc straszy?

Ponieważ – jest to nasza opinia – chce zmusić kolejne grono wydawców do przejścia na technologię AMP. Gwarantuje ona znaczne szybsze ładowanie się strony, ale to jedna z nielicznych zalet. Wad tego rozwiązania jest znacznie więcej, również z punktu widzenia użytkowników. Przeczytasz o tym TUTAJ.

Warto zauważyć, że po każdym negatywnym wyniku testu szybkości ładowania strony, właściciel witryny otrzymuje zestaw porad, co powinien zrobić, aby poprawić tę sytuację. „Całkowitym przypadkiem”  sugerowanym krokiem jest przejście na technologię AMP. Trudno zatem wierzyć w czyste intencje Google i prawdziwą troskę o użytkowników mobilnych.

Podsumowanie. Czy jest się czego bać?

Google ma pełną władzę nad losem stron internetowych, przynajmniej w obszarze najpopularniejszej wyszukiwarki. Nie można zatem ignorować żadnej informacji na temat zapowiadanych zmian. W przypadku Speed Update dowiedliśmy jednak, że „bomba” robi więcej hałasu niż szkód.

Google nie może przecież ukarać własnych, sztandarowych stron, bo byłoby to absurdem. Tymczasem witryny monopolisty w żaden sposób nie spełniają restrykcyjnych norm w zakresie szybkości ładowania. Firma z Mountain View chyba sama się w tym zorientowała, bo docierają do nas uspokajające komunikaty, że wolne, ale wartościowe strony nie będą tracić rankingu. Po co więc to całe zamieszanie?

Odpowiedź podaliśmy wcześniej. Google zaczyna nachalnie „wciskać” wydawcom przejście na AMP, co nie jest w porządku i trzeba o tym mówić/pisać bardzo głośno. Pozycja giganta jest jednak na tyle silna, że nie ma obecnie szans na to, by ukrócić jego monopolistyczne zapędy.

Speed Update nie będzie więc rewolucją na miarę Pingwina i Pandy. Nie oznacza to jednak, że właściciele bardzo wolnych stron mogą całkowicie pokpić sprawę i nie przejmować się groźbami Google. Jeśli Twoja witryna osiąga fatalny wynik prędkości ładowania, czas sprawdzić, co jest tego przyczyną. Zrób to nie dla Google, ale dla Twoich klientów.


Autor wpisu:
Grzegorz WiśniewskiSoluma Interactive

Sprawdź nas!

Sprawdź naszych specjalistów w praktycznym działaniu. Zobacz co możemy zrobić dla Twojej firmy - przejrzyj ofertę lub skorzystaj z bezpłatnej konsultacji.

Darmowa konsultacjaZobacz ofertę

Przewiń do góry