Klienci nie traktują agencji reklamowych jak „normalnych” firm. Oto dowody!

Data wpisu: 05.10.2018
Zdjęcie główne #1538 - Klienci nie traktują agencji reklamowych jak „normalnych” firm. Oto dowody!

Teoretycznie sprawa jest prosta. Jeśli agencja reklamowa/interaktywna/360° itd. (jak zwał, tak zwał) została wpisana do bazy CEIDG, to jest firmą. Płaci podatki, ZUS, prowadzi księgowość, zatrudnia pracowników. Z nie do końca zrozumiałych przyczyn część klientów kompletnie to bagatelizuje. Zmorą agencji jest to, że bywają traktowane na jakiś specjalnych, zwyczajnie nieuczciwych i nielogicznych zasadach. Zupełnie tak, jakby nie były firmami, ale jakimiś nieokreślonymi bytami czy organizacjami non-profit. W czym to się przejawia? Wymieniamy kilka dowodów.

Realizacja teraz, ale płatność „kiedyś”

To chyba najczęściej spotykana sytuacja, która udowadnia, że klienci nie traktują agencji reklamowych jak „normalnych” firm. W „normalnej” firmie jest przecież tak, że wybieramy produkt czy usługę i płacimy za to z góry lub zaraz po realizacji. Żaden salon samochodowy nie pozwoli klientowi pojeździć nowy autem na próbę, a restauracja nie poda ekskluzywnej kolacji po tym, jak gość powie, że zapłaci za 2 dni, bo chce się przekonać, czy nie będzie mieć rewelacji żołądkowych. W agencjach reklamowych takie absurdy są natomiast na porządku dziennym.

Nie podoba mi się, więc nie płacę

W branży kreatywnej „chodzi” taka odważna anegdota.

Czym się różni agencja reklamowa od agencji towarzyskiej? W tej drugiej nie możesz zażądać poprawek i powiedzieć, że nie płacisz, bo Ci się nie podobało.

Coś w tym jest, prawda? Choć oczywiście wiele sklepów i usługodawców oferuje możliwość zwrotu towaru po jego zakupie, to nigdy nie dotyczy to wyrobów na indywidualne zamówienie. Czy ktokolwiek wyobraża sobie sytuację, w której mechanik montuje instalację gazową w samochodzie klienta, po czym ten po tygodniu przyjeżdża i chce ją zwrócić, bo w sumie to jednak woli jeździć na benzynie?

Zamówienie produktu X, a później żądanie produktu XY

Taka sytuacja. Przychodzi Jan Kowalski do marketu z elektroniką, ma w kieszeni 2000 złotych i chce za to kupić telewizor. Sprzedawca znajduje dla niego odpowiedni model, po czym Kowalski stwierdza, że mu się pomyliło i on za 2000 złotych chciałby jednak i telewizor, i pralkę i jeszcze konsolę. Sprzedawca prawdopodobnie wcisnąłby guzik alarmowy wzywający kierownika lub ochronę.

Klienci agencji reklamowych w ogóle nie mają problemu z prezentowaniem takiej postawy. Zamawiają np. stronę internetową w ustalonym budżecie, a później próbują wymusić na agencji dodatkowe prace. A to stare logo nie pasuje, więc trzeba zrobić nowe, a to przydałyby się jeszcze z 3-4 artykuły na blog, a to moglibyście jeszcze zrobić mi profile w mediach społecznościowych itd. Klienci nie rozumieją (lub udają), że to wszystko kosztuje, przez co pierwotnie przyjęty budżet może nie wystarczyć na dodatkowe prace.

Święte przekonanie, że wszystko można zrobić „w 5 minut”

To ciekawe, że raczej nie ma osoby, która wpadłaby do warsztatu mechanicznego i powiedziała: „Panie, wymieńcie mi szybko olej, co? To zajmie 5 minut, więc nie szczypmy się o te 50 złotych.” Klienci agencji reklamowych cierpią na ciężką chorobę, która objawia się tym, że dla nich wszystko można zrobić w 5 minut. A skoro zajmuje to tak mało czasu, to agencja nie ma prawa oczekiwać dopłaty.

Zdaniem klientów (części – dla jasności) w 5 minut można:

  • Napisać tekst „O firmie”
  • Zmienić układ nagłówka
  • Dodać przyciski do social mediów
  • Dodać mapę Google z trasą dojazdu
  • Przenieść stronę na nowy serwer

Przykłady można mnożyć, ale już te obrazują, jak dziwaczne bywa podejście klientów do usług świadczonych przez agencję reklamową.

Wszystko ma być ASAP, a jak nie, to idę do konkurencji

Spróbujcie użyć takiego hasła w jakiejkolwiek firmie spoza branży kreatywnej. Czy diler wykopie auto spod ziemi, bo klient chce je mieć na jutro? Czy myjnia samochodowa wypchnie pozostałe wozy na ulicę, bo jeden pan musi mieć czyściutką „furę” na już? No oczywiście, że nie. Termin ASAP (as soon as possible) funkcjonuje tylko w agencjach reklamowych i jeszcze w korporacjach. Z tą różnicą, że w tych drugich mało kto się tym przejmuje.

Nie wiem, czego chcę, ale ma to być zrobione dobrze

Kolejny przykład z życia. Klient chce wynająć firmę do wyremontowania łazienki. W zamówieniu pisze: „Mam łazienkę. Potrzebuję remontu. Ma być ładnie. Pilne! Ile sobie życzycie?” Wiemy, że taka sytuacja z pewnością nie miała nigdy miejsca, ale w branży kreatywnej takie podejście jest na porządku dziennym.

Klienci, którzy nie wiedzą, czego właściwie chcą, nie są pożądani przez agencje reklamowe, bo ich obsługa jest bardzo ryzykowna. Zawsze się później okazuje, że klientowi chodziło jednak o coś innego. Po co nam te nerwy?

To kosztuje 100 złotych? A jakbym dał 10, to będzie OK?

Nie, nie będzie! Burzliwe negocjacje cenowe są bardzo dobrym dowodem na to, że część klientów nie traktuje agencji poważnie i naprawdę myśli, że branża kreatywna żywi się powietrzem. Czy komukolwiek zdarzyło się zapytać w piekarni o możliwość obniżenia ceny bułki o 90%? Owszem, negocjować można, ale w granicach rozsądku. Gdy słyszymy od klienta, że chciałby zamówić stronę Biznes Gold, która jest w cenie 2499 zł netto -  ale zapłaci za nią 900 złotych, to co mamy mu powiedzieć? Możemy tylko udać, że nas nie obraził.

I tak to niestety wygląda. Tłumaczymy to sobie tym, że poważny biznes w naszym kraju wciąż raczkuje, przez co usługi kreatywne nie są jeszcze szczególnie cenione. Na szczęście powoli się to zmienia, choć tak absurdalne sytuacje nadal się zdarzają.

Autor wpisu: Soluma